Jako nasz cel wyprawy w 2013 roku obraliśmy półwysep Krymski. Ukraina, na którą prawie wszyscy udawaliśmy się pierwszy raz budziła w nas wiele pytań i obaw, a jednocześnie fascynowała coraz bardziej. Szykując się od wiosny do wyjazdu przygotowywaliśmy ogólny plan wycieczki oraz nasze dwa pojazdy: Nysę i Żuka. Czerwona Nysa zabierała 8 osób, w naszym niebieskim Żuku mieściła się nasza stała siedmioosobowa załoga. W trasę ruszyliśmy wieczorem 27 lipca 2013r. pokonując Polskę aż do granicy w Korczowej, na którą udało nam się dotrzeć następnego wieczoru. Panujący w tym czasie potworny upał dał się we znaki układom chłodzenia w naszych maszynach, co spowodowało kilka przestojów. Już na granicy wzbudzaliśmy niemałe zainteresowanie, kiedy to sami celnicy niedowierzali nam, że zamierzamy dotrzeć na Krym i co najważniejsze - wrócić do domu. Po trwającej dwie godziny przeprawie przez granicę zastaliśmy Ukrainę pogrążoną w zmroku i wykończeni temperaturami postanowiliśmy przenocować pierwszy raz na Ukraińskiej ziemi. Udało nam się znaleźć spokojną polankę w lesie i rozbić obóz. Nazajutrz dotarliśmy do Lwowa już w godzinach przedpołudniowych i rozpoczęliśmy zwiedzanie tego pięknego, wieloetnicznego miasta o niezwykle burzliwej historii. Spacerując po starówce, wpisanej na listę światowego dziedzictwa, co chwilę napotykaliśmy ślady przypominające, że to wspaniałe miasto było do II Wojny Światowej jednym z sześciu najważniejszych ośrodków miejskich w Polsce. Piękne kamienice, kościoły, gmachy teatrów czy uniwersytetu sięgające czasów galicyjskich zrobiły na nas ogromne wrażenie i aż trudno wyobrazić sobie Lwów, gdyby udało mu się uniknąć zniszczeniom, którym został poddany. Niemniejsze zdziwienie wzbudził w nas ogrom miasta, który dostrzegliśmy udając się na Wzgórze Zamkowe. Po obiedzie na Starówce dotarliśmy na Cmentarz Łyczakowski, na który weszliśmy o zachodzie słońca. Na tej niezwykłej nekropolii, usytuowanej między wzgórzami, pośród starego drzewostanu, kryją się różnorodnej architektury nagrobki wielu zasłużonych dla Polski i Ukrainy osobistości. Wizyta w tym miejscu pozostała głęboko w naszej pamięci. Późnym wieczorem pożegnaliśmy się ze Lwowem i udaliśmy w długą drogę na Krym. Po krótkim noclegu na polanie w sercu Wyżyny Podolskiej cały następny dzień spędziliśmy w drodze, przeczekując solidną burzę i pokonując setki kilometrów, często fatalnymi ukraińskimi drogami. Samochody jak dotąd jechały bardzo dobrze, tylko w Żuku zaczął szwankować rozrusznik, co powodowało, że musieliśmy go coraz częściej odpalać na zapych. Chcąc nadrobić trochę czasu postanowiliśmy następnej nocy kontynuować jazdę i dotrzeć czym prędzej do wybrzeża Morza Czarnego. Udało się to dopiero nad ranem, kiedy po całonocnej jeździe znaleźliśmy się w okolicach Odessy. Gdy wykończeni podróżą pragnęliśmy zregenerować siły na plaży, niespodziewanie przytrafiła się nam kolizja na drodze. Tuż przed wybrzeżem uderzyła w nas Łada, której kierowca próbował nas wyprzedzić na skrzyżowaniu. Nikomu na szczęście nic się nie stało, jednak procedury związane z ukraińską milicją skutecznie zmarnowały nam cały dzień oraz mnóstwo nerwów i uświadomiły o naszej bezradności wobec wciąż głęboko zakorzenionego socjalistycznego systemu władzy. Dopiero tuż przed zachodem słońca udało nam się dotrzeć w spokoju pierwszy raz nad Morze Czarne, gdzie przy pięknej piaszczystej plaży rozbiliśmy obozowisko, kąpaliśmy się i odpoczywaliśmy po ciężkiej przeprawie. Następnego dnia po leniwym poranku ruszyliśmy dalej w kierunku Półwyspu Krymskiego. Krajobraz znacznie zmienił się, rozległe pola uprawne z kwitnącymi słonecznikami oraz wysuszone słońcem stepy będą urozmaicać nam widoki przez najbliższe dni. Minęliśmy Kherson i popołudniem dostaliśmy się na Krym od strony Morza Azowskiego. Przy drodze co chwilę pojawiały się stragany z owocami, którym nie sposób było się oprzeć. Arbuzy oraz melony stały się nieodzownym składnikiem każdego posiłku. Po drodze, w lokalnym sklepie motoryzacyjnym, zakupiliśmy kilka części zapasowych do naszych pojazdów. Na Ukrainie wciąż jeździ bardzo dużo starych samochodów, które naprawić tam można bardzo tanim kosztem. Dla większości społeczeństwa dobrobytem pozostają wciąż rzeczy, które znajdują się już w naszym zasięgu, a kupno nawet używanego, zachodniego samochodu pozostaje w sferze marzeń.

    Tymczasem w naszym Żuku zaczęły pojawiać się kolejne problemy, których objawem był brak mocy przy pełnym obciążeniu. Niedługo zajęło nam zdiagnozowanie przyczyny leżącej po stronie aparatu zapłonowego. Gdy zapadł zmrok postanowiliśmy zrobić nocleg i zjechaliśmy z głównej drogi nad pobliskie jezioro. Po nocy spędzonej na ukraińskim stepie przyszła pora na dalszą podróż i wtedy znów wydarzenia potoczyły się trochę inaczej niż planowaliśmy. Nie mogąc długą chwilę uruchomić silnika, zapychaliśmy Żuka wielokrotnie, aż za którymś razem, zjechawszy jedną stroną na pobocze, przechylił się nadmiernie i wywrócił na bok tuż przy wodzie. Na szczęście i tym razem nikomu nic się nie stało, a z pomocą przybyli nam mieszkańcy najbliższej wioski. Był wśród nich Mikołaj, którego dziś wspominamy jako najwspanialszego człowieka poznanego na Ukrainie. Okazało się, że aparat zapłonowy po upadku odmówił całkowicie posłuszeństwa i niezbędna była nam pomoc elektryków, gdyż nie posiadaliśmy wszystkich części do jego wymiany. Mikołaj, który jest Tatarem Krymskim zorganizował nam pomoc w sąsiedniej miejscowości. Usterka okazała się jednak niełatwa do naprawy toteż, gdy słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, zaoferował nam nocleg w swoim domu. Wówczas nikt z nas nie przypuszczał, że ta właśnie noc pozostanie w naszych wspomnieniach jako niepowtarzalna przygoda, kiedy to mieliśmy okazję skosztować życia na ubogiej ukraińskiej wsi i zaznać niezwykłej gościnności tatarskiej duszy. Mikołaj udostępnił nam cały swój dobytek, wraz z jedzeniem oraz samochodem - Moskwiczem. Jego ubogie gospodarstwo z kurami, kozami i gankiem porośniętym starą winoroślą stało się chwilowo naszym domem, w którym gospodarzyliśmy jak u siebie, co sprawiało wielką radość nie tylko nam ale także jemu samemu. To najlepszy przykład, że zbędne są wszelakie dobra materialne i nic nie jest w stanie zastąpić otwartości i bezinteresownej pomocy jaką obdarzył nas nasz dobrodziej. Trudno nam opisać wdzięczność i emocje jakie towarzyszyły następnego dnia, gdy po usunięciu usterek przyszło nam rozstać się i wyruszyć w dalszą drogę na południe Krymu. Przed zachodem słońca dotarliśmy do Teodozji, gdzie udaliśmy się na plażę, skosztować wszechobecne na Krymie Czeburiaki, czyli smażone placki z farszem w środku. Postanowiliśmy przedostać się w okolice Koktebel, gdzie udało nam się rozbić namioty tuż przy klifie z pięknym widokiem na morze i okolice. Tu zaczyna się górzysta część Krymu od wschodniej strony, a co za tym idzie - piękne widoki. We wspaniałych nastrojach spędziliśmy wieczór i noc pod gwieździstym, czarnomorskim niebem - to dla takich chwil właśnie się żyje i podróżuje. Następnego dnia odwiedziliśmy wspomniane Koktebel, gdzie udaliśmy się na lokalny targ oraz na plażę. Po krótkim odpoczynku udaliśmy się w stronę Sudaku. Wzdłuż południowego wybrzeża Krymu góry sięgają do samego morza, widoki są piękne, a drogi strome i kręte, czyli takie jakich nie lubią nasze samochody. Podróż przedłużała się, a Żuk co chwile wymagał regulacji. Na kolejną noc zatrzymaliśmy się tuż obok Sudaku. Spaliśmy na samych klifach, z których to rano mieliśmy okazję podziwiać wschód słońca. W świetnych nastrojach, mimo licznych kłopotów z naszą maszyną , zajechaliśmy do czternastowiecznej twierdzy w Sudaku. Jako, że jest ona jednym z najbardziej znanych i odwiedzanych zabytków w basenie Morza Czarnego, spodziewaliśmy się zobaczyć obiekt przystosowany dla turystów. Tymczasem dla tychże przystosowane są jedynie parking płatny oraz kasa, poza tym na całym wzgórzu z ruinami fortecy nie ma ani jednej tablicy ani poręczy, a samo wejście jest bardzo niebezpieczne ze względu na wyślizgane skały. Sam widok jest rzeczywiście zachwycający, jednak kolejny raz nasunęła się nam refleksja, że Ukraina mając dobry potencjał turystyczny niestety nie potrafi go wykorzystać i choć trochę przystosować infrastrukturę. Takie same spostrzeżenia przyszły nam już przy następnym naszym przystanku, którym był Nowy Świat. To miasteczko ze skalnym wybrzeżem, malowniczo położone ze względu na otoczenie wysokimi górami. Oferuje piękne widoki, pod warunkiem, że spoglądamy tylko przed siebie.

    Następnym punktem na naszej czarnomorskiej, górzystej trasie była Ałuszta. To miejscowość leżąca u ujścia doliny Szakban, gdzie znajduje się Krasny Raj - święta dolina Tatarów. Rosną tutaj ogromne cyprysy, których korony przypominają właśnie Tatarskie strzały. Podziwiając piękne widoki i mijając liczne kurorty zajechaliśmy do Jałty, a właściwie do Liwadii - niewielkiej sąsiedniej miejscowości, znanej z pałacu, w którym w 1945 roku odbyła się Konferencja Jałtańska. To właśnie tu zapadły jedne z najważniejszych decyzji, które ukształtowały dzieje współczesnej historii geopolitycznej. To miejsce o wyjątkowej symbolice, a zarazem wyjątkowo ładne i zadbane, jeśli porównać je z najbliższą okolicą. Ponad stuletni pałac położony jest wysoko nad morzem i otoczony pięknym, starym ogrodem. Tutaj za przyzwoleniem ochrony udało nam się zrobić nietuzinkowe fotografie naszych pojazdów u samych wrót pałacu. Wyjechawszy z Liwadii udaliśmy się do Ałupki, gdzie zastał nas wieczór i spędziliśmy kolejny nocleg na kamienistym wybrzeżu.

    Następnego dnia zrobiliśmy spacer i zakupy na bazarze w Ałupce, po czym poprzez park zeszliśmy do portu i udaliśmy się statkiem na dwugodzinną wycieczkę pod Jaskółcze Gniazdo. Ten znany z pocztówek cel wycieczek to swoisty pomnik z początków XX w, stylizowany na neogotycki zameczek, co powoduje, że trudno odmówić mu niezwykłego uroku. Podróż statkiem ukazuje też jak bardzo nieuporządkowana jest architektura Krymu. W zasadzie trudno mówić tu o jakimkolwiek stylu czy porządku urbanistycznym. Pomiędzy luksusowymi ośrodkami i hotelami widnieją nieukończone lub zaniedbane budynki, spośród których każdy jest w innym stylu. Braku harmonii, znanego z krajów Europy zachodniej nie da się nie zauważyć. Tymczasem wróciwszy do naszych pojazdów udaliśmy się dalej na zachód wzdłuż wybrzeża i mijając Foros dojechaliśmy o zachodzie słońca do Bałakławy. Ta urokliwa miejscowość, położona nad zatoką z malowniczym portem kryje pośród górujących nad nią skał liczne ruiny jeszcze z czasów rzymskich. Najpierw udaliśmy się skosztować lokalnych specjałów, a później rozbiliśmy obóz przy fantastycznie usytuowanym klifie. Rankiem okazało się, że oprócz wspaniałych widoków tuż obok nas znajduje się także najładniejsza plaża jaką udało nam się napotkać na Krymie. Plaża oczywiście kamienista, przysłonięta ogromnymi skałami, wśród których w zaskakująco klarownej wodzie podziwiać mogliśmy różnorodne rybki oraz meduzy. Z wielkim niedosytem po kilku godzinach odpoczynku nadszedł czas był opuścić to magiczne miejsce i przedostać się do Sewastopolu. Pod coraz większą presją czasową udało nam się zobaczyć niedawno wpisany na listę światowego dziedzictwa Chersonez Taurydzki. To jakże symboliczne antyczne miasto jest miejscem przyjęcia chrztu Rusi, który miał miejsce w 988 roku.

    Mijając zatokę Sewastopolską popołudniem zdążyliśmy zajechać do Bakczysaraju. To szczególnie znane miasto, ze względu na pałac, który jest jedynym zachowanym obiektem materialnym kultury Tatarów. Gdy Katarzyna II zakończyła podbój Chanatu i ogłosiła jego aneksję, na Krymie stało 1531 meczetów. Dziś pozostał tylko jeden. Wiadomo, że zadbano o niego dla propagandy, gdyż miał być pomnikiem feudalnego ucisku Słowian przez potomków Dżyngis-chana. W rzeczywistości to ludność Tatarska pozostaje w odwiecznym ucisku Rosjan, co odzwierciedla się także w ich życiu codziennym. Zauważalne jest, że Rosjanie na każdym kroku podkreślają swoją obecność i dominację na półwyspie.

    Pod wieczór przyszedł czas, aby rozpocząć długą drogę powrotną do Polski. Bogatsi o opinie i doświadczenie postanowiliśmy wracać poprzez Kijów, którędy co prawda nadkładając 200 kilometrów, można dotrzeć do Lwowa niedawno zmodernizowaną trasą i w ten sposób ominąć najgorsze fragmenty drogi. Po dwóch dniach i nocach jazdy z krótkimi postojami udało nam się dostać szczęśliwie i bez kolejnych awarii do domu. Łącznie pokonaliśmy ponad 4 tysiące kilometrów w czasie 15 dni, przez które to udało się nam nigdzie nie zapłacić ani jednej łapówki. Na swojej drodze spotykaliśmy samych przychylnych i miłych ludzi, którzy obdarzali nas uśmiechem i chęcią pomocy. Dlatego Ukraina pozostaje w naszych wspomnieniach jako wspaniała przygoda, ale także kraj, który jak każde państwo postsowieckie pełen jest kontrastów. Choć nie sposób ich nie zauważyć to jednak staraliśmy się czerpać z tego, co najpiękniejsze. Dzikie wybrzeża, wspaniałe widoki, liczne bazary, gdzie każdy oferuje to, czym obdarzy go ziemia, pomocni i przychylni ludzie, dla których czas płynie powolnym rytmem i pewnie tak samo będzie płynąć gdy kiedyś wybierzemy się tam ponownie.