Nasza wyprawa do Grecji rozpoczyna się 15 września 2012r, kiedy to wraz z ponad dwustoma innymi załogami znajdujemy się na starcie rajdu Złombol. Rajd jak co roku rusza z ulicy Mariackiej w Katowicach, przy oprawie mediów oraz licznej publiki chcącej pożegnać śmiałków udających się swoimi złomami w świat.

    Nasze przygody rozpoczynają się tuż za linią startu, kiedy to okazuje się, że silnik w naszym Żuku nie pracuje równo i nie za bardzo daje się wyregulować. Cały czas trzymamy się z naszymi warszawskimi przyjaciółmi, którzy podróżują dużym fiatem. Wciąż nieświadomi powagi naszej usterki kierujemy się powoli na południe, żeby dogonić zaprzyjaźnionych mechaników z dużym bagażem części zapasowych do Żuka. Jednak brak mocy daje się mocno we znaki i z niewiadomych nam jeszcze przyczyn silnik pracuje tylko na trzy cylindry. Gdy po kolejnych próbach rozwiązania problemu nie udaje nam się osiągnąć efektów, postanawiamy zawrócić w stronę Bytomia, gdzie dwóch mechaników z polecenia zdecydowało się nam pomóc i oczekuje nas, mimo

    Chwilę niepokoju przeżywamy po przejechaniu jednej z karpackich przełęczy, kiedy to zaczynają objawiać się problemy z "wyskakującym" drugim biegiem, przez to zagrzewamy hamulce. Po szybkim ich odpowietrzeniu i kolejnych kilku godzinach jazdy mijamy Nitrę, Żylinę i przekraczając Dunaj wjeżdżamy na Węgry. Dopiero pod wieczór udaje się nam zajechać nad Balaton, gdzie jeszcze po wymianie przebitej opony docieramy nad jego wybrzeże i gotujemy wspólny posiłek. Po chwili odpoczynku, z ogromną stratą czasową, decydujemy się kontynuować podróż. Pokonując kolejne trzysta kilometrów, tym razem już autostradami, około godziny 3 w nocy zatrzymujemy się na krótki postój. Prędko rozbijamy namioty przy stacji benzynowej na obwodnicy Zagrzebia i już koło 7 rano ruszamy dalej. Przed południem mijamy Karlovac, gdzie robimy krótki postój. Pogoda piękna, samochody dobrze się sprawują, zaczyna się bałkański klimat, który sprzyja świetnym nastrojom. Przez cały dzień pokonujemy setki kilometrów Chorwackimi szosami. Mijamy Plitvickie Jeziora i po drodze jeszcze raz wymieniając koło dojeżdżamy do autostrady, którą późnym wieczorem docieramy pod granicę z Bośnią.

    W końcu, po wielu godzinach pościgu udaje nam się dogonić kilka załóg złombolowych. W kilka aut jedziemy nocą, po górskich, krętych drogach w stronę Dubrovnika. Wykończeni kolejnym dniem wyprawy, decydujemy się na czterogodzinny nocleg przy samym klifie nad Adriatykiem. Następnego dnia przed południem przekraczamy granicę z Czarnogórą i przez cały dzień przemieszczamy się wzdłuż wybrzeża na południe.

    Czarnogóra to niewielkie, górzyste państwo, którego urokowi trudno się oprzeć. Choć odłączyło się od Serbii dopiero w 2006r, szybko stało się członkiem ONZ, kandydatem do Unii Europejskiej i ulubionym miejscem dla turystów, zarówno z zachodu jak i wschodu. Walutą Czarnogóry jest euro, ceny są mimo tego całkiem przyziemne i kraj ten zdecydowanie przoduje pod względem rozwoju gospodarczego spośród byłych republik Jugosławii. Mijając piękną Bokę Kotorską, zajeżdżamy zażyć upragnionej kąpieli morskiej, obok słynnej, niezwykle charakterystycznej wysepki Sveti Stefan, będącej dzisiaj prywatnym luksusowym hotelem. O pięknym zachodzie słońca ruszamy dalej, mijając jezioro Szkoderskie i Podgoricę rozpoczynamy najbardziej oczekiwany i emocjonujący etap naszej podróży.

    Albania. O niej się mówiło najwięcej. Na szczęście wkraczamy na terytorium Albanii grupą ośmiu pojazdów i w ten sposób, czując się raźniej, brniemy powoli po dzikich, albańskich drogach. To taki kraj, gdzie autobusy nie mają rozkładów jazdy, a przepisy drogowe - jeśli istnieją - nie są w ogóle potrzebne. Jak się okazuje nawet na drodze krajowej częściowo brakuje asfaltu, a w niektórych miejscach płynie sobie nawet mały potok środkiem. To wszystko powoduje, że przez Albanię jedzie się bardzo powoli i emocjonująco. O świcie znajdujemy się w położonym na zboczu Gjirokaster - mieście duchów i tysiąca schodów, w dużej mierze opustoszałym, zwieńczonym ruinami osmańskiej twierdzy.

    Przed południem po kolejnej spędzonej w drodze nocy, docieramy do granicy z Grecją. Posilamy się lekkim śniadaniem i kawą w typowej greckiej, przydrożnej tawernie, która przeżywa oblężenie turystów złombolowych. Teraz zostało nam ostatnie 400km przez Grecję! Mkniemy cały dzień, robiąc tylko krótkie, niezbędne postoje i o zachodzie słońca udaje nam się dotrzeć na niezwykły most łączący Grecję kontynentalną z Półwyspem Peloponez. Przejazd mostem jest dwa razy droższy niż wybranie pływającego równolegle promu, nie jest to jednak nic dziwnego, gdyż most ten należy do najciekawszych tego typu obiektów na świecie. Został zaprojektowany tak, aby wytrzymać trzęsienia ziemi o sile minimum 7 stopni w skali Richtera i jest przystosowany do ruchów tektonicznych, ponieważ Peloponez odsuwa się od Grecji o 3cm na rok! Otwarty tuż przed olimpiadą w 2004 roku przez kilka lat był najdłuższym mostem wiszącym na świecie. Mijając Patrę i jadąc dalej na południe około godziny 22 udaje nam się dostać na wzgórze w Archea Olimpia, gdzie na pięknie położonym campingu z basenem przewidziana jest długo oczekiwana meta rajdu Złombol!

    Po 5 dniach i nocach, przez które przespaliśmy w namiotach łącznie 10 godzin, pokonaliśmy prawie 3000km. Wszyscy jesteśmy potwornie zmęczeni, ale szczęśliwi z osiągniętego celu. Nazajutrz po wspólnej imprezie i chwili odpoczynku opuszczamy camping. Udajemy się tuż obok, aby zwiedzić stanowisko archeologiczne w Olimpii - miejsce, gdzie już w 776r p.n.e. odbyły się pierwsze starożytne igrzyska olimpijskie. Sama świadomość, że znajdujemy się w miejscu tak starym, o którym uczyliśmy się w szkole, że to tu kształtowała się kultura, która była kolebką Europy skłania do refleksji.

    Bogatsi o kolejne widoki i doświadczenia przedostajemy się na wybrzeże w okolicach Pyrgos i tam rozbijamy namioty na dzikiej plaży. Popijając (greckie oczywiście) wino, rozkoszujemy się szumem morza i zapachem rosnącego dookoła tymianku. Następnego dnia bez pośpiechu udajemy się w stronę kontynentu, przepływamy promem i tym samym opuszczając Peloponez trafiamy do Nafpaktos - pięknego greckiego miasteczka, gdzie na samym wybrzeżu raczymy się greckimi specjałami, jak Tzatziki i Gyros.

    Jesteśmy zdziwieni, że w drugiej połowie września, gdy pogoda jest dla nas idealna do wypoczynku, a morze cieplutkie, spotykamy raczej nielicznych turystów. Mijając niezliczone ilości gajów oliwnych, plantacji fig, mandarynek, arbuzów, przemierzamy Helladę w stronę Salonik. Zatrzymujemy się późno na nocleg, w malutkiej marinie, w zatoce, nad morzem Egejskim, w okolicach Almerii. Jak się okaże rano, trafiliśmy w tak urocze miejsce, które żal opuszczać. Po śniadaniu, kąpieli w zatoce i szybkim serwisie Żuka, udaje nam się wyruszyć w dalszą drogę dopiero wczesnym popołudniem. Napotykamy miłych Greków, z którymi po raz kolejny niestety nie da się porozmawiać po angielsku. Wielokrotnie mieliśmy okazję zaobserwować po cenach żywności czy paliwa, że Grecja to dość drogi kraj, a jego mieszkańcom nie spieszno do oszczędzania i nic dziwnego, że przy takim trybie pracy popadają w coraz większe kłopoty gospodarcze. Ateny, będąc już ogarnięte falą masowych protestów, omijamy celowo i za to udaje nam się wygospodarować chwilkę na zatrzymanie się w Salonikach. Ograniczenia czasowe zmuszają nas do rozstania z ekipą dużego fiata. Ustalamy dalszy plan podróży.

    Pod wieczór udajemy się dalej na północ, przekraczamy granicę z Macedonią i pędzimy, aby znaleźć się jak najbliżej Skopje. Macedonia, będąca na arenie międzynarodowej nazywaną "Byłą Jugosłowiańską Republiką Macedonii" pozostaje wciąż nieuznawana głównie przez Greków, którzy sprzeciwiają się nazywaniem jej od nazwy greckiej krainy. Nocleg trafia się nam jak zwykle przypadkiem, w górzystych terenach nieopodal stolicy. Mili panowie ze stacji benzynowej pozwalają nam rozbić namioty na trawniku i częstują nas gorącą herbatą na dobranoc. Rano, po krótkiej i najchłodniejszej jak dotychczas nocy przedostajemy się do Skopje, gdzie mimo remontu udaje nam się wejść do górującej nad miastem twierdzy Skopsko Kale, będącej warownią jeszcze z czasów bizantyjskich. Cały obiekt jest gruntownie odbudowywany i restaurowany jeszcze po zniszczeniach jakie spowodowało słynne trzęsienie w 1963r. Niezwykle silny wstrząs tuż pod miastem spowodował wówczas, że ucierpiały tysiące osób a zabudowa miejska została uszkodzona w 75 procentach! Zatem Skopje padło ofiarą nie tylko historii geopolitycznej ale także samej natury. Po raz kolejny spotykamy się z charakterystycznym zwłaszcza dla stolic, ogromnym kontrastem społecznym. Widzimy nowoczesne biurowce i galerie, a na obrzeżach ludzi żyjących w skrajnej biedzie. Ze Skopje kierujemy się na północ w stronę Prisztiny, droga staje się wąska, co chwilę widać wraki spalonych samochodów, a wszystkie znaki drogowe są podziurawione od strzałów. Jesteśmy na szlaku pilnowanym niegdyś przez KFOR, czyli międzynarodowe wojska, które po rezolucji ONZ w 1999 roku przystąpiły do operacji wsparcia pokoju na terenie Kosowa. Kryzys humanitarny i polityczny zamienił wówczas tę byłą serbską prowincję w istne piekło. Dziś, choć widać ślady obecności wojsk, Kosowo wygląda podobnie jak inne kraje byłej Jugosławii. Wjazd na jego terytorium wymaga dodatkowej "opłaty", gdyż większość ubezpieczycieli wyłącza ten kraj z podstawowego pakietu ubezpieczenia OC. Bardzo nas natomiast ucieszyło, że Żuk okazał się rozpoznawalnym pojazdem przez starszych mieszkańców terenów Jugosławii, do których był kiedyś importowany. Tymczasem my, chcąc przedostać się jeszcze do Czarnogóry, udajemy się nad jezioro Ohrid, które znajduje się na macedońsko-albańskiej granicy. Po drodze zatrzymujemy się w przydrożnym warsztacie i prosimy o możliwość skorzystania z kanału, gdyż nasze zawieszenie wręcz domaga się nasmarowania. Mechanikiem okazuje się Macedończyk - muzułmanin, który nie chce od nas przyjąć pieniędzy za pomoc, a sam częstuje nas sokiem i gości na swoim skromnym podwórku. Takie spotkania pozostawiają zawsze te najpiękniejsze podróżnicze wspomnienia. Już kilka chwil później znajdujemy się w miejscowości Struga, gdzie w sekundę po wyjściu z samochodu poznajemy grupę miejscowych chłopaków, którzy załatwiają nam wjazd na zamknięty już po sezonie camping. Tam organizują ognisko, przy którym opowiadamy i śmiejemy się do późnej nocy. Rano, po kąpieli w jeziorze, podjeżdżamy do znajdującego się nieopodal miasta Ohrid - zdecydowanie najpiękniejszej miejscowości, znanej ze średniowiecznej zabudowy i 365 kościołów. Niestety czas nas goni a założyliśmy sobie, aby przed zmrokiem przedostać się przez całą Albanię do granicy z Czarnogórą. Piękna widokowo trasa i kilka miłych spotkań powoduje, że przemieszczamy się dosyć wolno, a w pewnym momencie tracimy nawet orientację. I choć brzmi to dziwnie, to jednak w Albanii oznakowania dróg są znikome i nijako pokrywają się też z naszym gps-em. W ten właśnie sposób przypadkiem pakujemy się w wąską, górską drogę, która okazuje się być... ślepa. Jednak i tym razem spotykamy miłą albańską rodzinę, która zaprasza nas do kawiarni z pięknym widokiem na zieloną, górską dolinę. Lekko przerażeni dystansem, który zamierzamy jeszcze dzisiaj pokonać i wieloma niewiadomymi odnośnie trasy ruszamy w dół doliny. Ku naszemu zdziwieniu, trafiamy na wyremontowaną szosę w kierunku Elbasan i dalej do Durres. Dopiero po zmierzchu udaje nam się dotrzeć do Skhoder, gdzie robimy zakupy na bazarze i przedostajemy się w końcu do granicy z Montenegro.

    Jazda po zmroku w Albanii to dosyć ekstremalny sport, naprawdę nietrudno kogoś potrącić, dlatego tym bardziej cieszymy się, że udaje nam się w końcu dotrzeć do Ulcinj. Tu spotykamy grupę Polaków i wspólnie udajemy się na piwo i burka, czyli typowy placek z nadzieniem z mięsa i sera. Zaglądamy na piękną plażę w Ulcinj, jednak w poszukiwaniu miejsca do rozbicia namiotów wyjeżdżamy poza miejscowość i trafiamy do bardzo urokliwej zatoczki, gdzie rozbijamy namioty przy samej plaży. Rano okazuje się, że znaleźliśmy się na prywatnym terenie, a jego właściciel zjawił się, aby uiścić od nas opłatę w wysokości 15 euro. Nie pomogły rozmowy oraz żarty i w ten sposób 2 euro od osoby stało się jedynym kosztem poniesionym przez nas za noclegi na tym dwutygodniowym wyjeździe.

    Podróżujemy dalej na południe wzdłuż pięknego czarnogórskiego wybrzeża i zatrzymujemy się na kawę i spacer po Budvie. To niezwykle urokliwe miasto posiada piękną starówkę sięgającą samego wybrzeża, stare mury weneckie oraz ruiny jeszcze z czasów greckich. Następnie przeprawiamy się promem przez cieśninę kotorską i późnym popołudniem opuszczamy Montenegro i kierujemy się w stronę Dubrovnika. Udaje nam się rozbić namioty na kamiennym wybrzeżu przy porcie i udać na spacer po Starym Mieście w nocnej scenerii. Rano po drobnych kłopotach z Żukiem spacerujemy ponownie po starówce oraz porcie. Wszyscy jesteśmy zauroczeni magicznym klimatem tego miejsca i jest nam niezmiernie szkoda, że za chwilę musimy się kierować w stronę domu.

    Postanawiamy przejechać przez półwysep Peljesac, na którym znajdują się liczne winnice i plantacje, co sprawia, że widoki są wspaniałe. Miejscami można by zerwać winogrono praktycznie nie wychodząc z samochodu. Cała okolica pełna jest malowniczych miejsc, gdzie za 10 euro od osoby można bez problemu znaleźć nocleg. Mimo to turystów jest o tej porze bardzo niewielu. Odpoczywamy chwilkę w Trpanj czekając na prom, który w godzinkę przewozi nas do Ploce. Następnie udajemy się na północ Makarską Rivierą, robiąc tylko krótkie przystanki i wkrótce żegnamy się z Dalmacją i pięknymi Bałkanami.

    Będąc pod presją czasową postanawiamy jechać przez całą noc. Wszyscy jesteśmy wykończeni a pogoda staje się typowo jesienna. Mijamy Maribor, Graz i nad ranem znajdujemy się w Wiedniu. Żuk pędzi dalej, na szczęście bez problemów i mijając Brno dojeżdżamy do granicy Polski. Około północy jesteśmy we Wrocławiu. Przez 14 dni zjechaliśmy 6 tys. Km poprzez 13 państw, zaliczyliśmy kilka awarii, w tym jedną krytyczną, poznaliśmy po drodze mnóstwo ludzi i zobaczyliśmy wiele ciekawych miejsc. Przez całą wyprawę pogoda była idealna, a deszcz spotkał nas tylko na powrocie w Austrii. Żuk spisał się na medal, a nam udało się przeżyć niesamowite dwa tygodnie, których powtórzyć się po prostu nie da.